Relacja z interwencji wolontariuszki Stowarzyszenia Egala i Grupa Granica.

„Jeszcze przed południem przychodzi wezwanie o pomoc. Dwóch mężczyzn z Syrii prosi o ubrania, buty, wodę, jedzenie i powerbanki. By do nich dotrzeć trzeba iść 7 km. przez otulony śnieżną bielą puszczański las. Nie da się podjechać bliżej. Wyruszamy we trzy. Wśród nas jest ratowniczka medyczna, której obecność w zimowych warunkach jest niezbędna.
Nigdy nie wiemy, w jakim stanie zastaniemy ludzi, którzy proszą o pomoc. Szacujemy, że dotarcie do podanej lokalizacji zajmie przynajmniej 3 godziny. Ciężar niesionych rzeczy rozłożyłyśmy na trzy plecaki. Las, przez który musimy przejść, obfituje w liczne mokradła. Po drodze napotykamy łosie, żubry, jelenie – piękny, lecz trudny i wymagający teren.
Do potrzebujących docieramy na pograniczu dnia i nocy. Jednego z mężczyzn znajdujemy w dobrej kondycji. Drugi leży. Nie jest w stanie poruszyć się. Ma płytki oddech i odruchy wymiotne. Mówienie sprawia mu duży kłopot. Cedzi jedynie pojedyncze słowa pomiędzy wdechem a wydechem. Dotykam jego dłoni. Jest lodowata.
Jego kompan jest bardzo przejęty sytuacją, wykazuje dużo troski. Mówi nam, że od ponad 3 tygodni są w drodze. Od kilku dni nic nie jedli, a od dwóch jego przyjaciel nie może chodzić, ma kłopoty z układem pokarmowym i wymiotuje.
Mężczyzna, który jest w dobrym stanie, pomaga nam otulić swojego kolegę kocem termicznym i śpiworem. Swoich potrzeb jakby zupełnie nie dostrzegał. Chce nawet oddać nam swojego ostatniego papierosa.
W tej trudnej sytuacji mówi, że mimo wszystko życie jest piękne. Jego optymizm i pogoda ducha wzruszają nas. Tymczasem drugi mężczyzna uspokoił się. Po chwili z jego ust pada po raz pierwszy całe, nieprzerywane zdanie.
Jego kompan z szerokim uśmiechem tłumaczy nam, iż chłopak powiedział, że jest już mu ciepło. Jego ogólny stan zaczął się poprawiać. Zrobiłyśmy wszystko, co było w naszej mocy, by pomóc tej dwójce w zastanej sytuacji. Z lękiem o ich dalszy los ruszamy w drogę powrotną.“

Skip to content