Zrobiłam, co mogłam, żeby im pomóc.

Empatia oraz świadomość, że trzeba pomóc, nie mają żadnej ceny – są odruchami serc i umysłów (przynajmniej niektórych), są cenniejsze niż wszystko inne, a równocześnie oferowane bez oczekiwania żadnej wdzięczności ani zapłaty. Lecz chcemy czy nie, cenę ma wszystko inne, co stanowi fizyczną substancję niesionej pomocy i co pozwala ją dowieźć. Leki przeciwbólowe i przeciwzapalne, i cała pozostała zawartość apteczki. Spodnie, nawet gdy okażą się za duże lub za małe; buty, czapki, rękawiczki. Benzyna i naprawy naszych eksploatowanych po bezdrożach pojazdów, których humanitarne przebiegi liczymy już w tysiącach kilometrów. Powerbanki, telefony oraz karty do nich – dziś to elektronika wskazuje drogę oraz zapewnia łączność, kontakt z rodziną i z tymi, którzy niosą pomoc humanitarną. Na to wszystko przeznaczone są nasze zrzutki – a bez środków, które z nich otrzymujemy, nie moglibyśmy robić tego, co robimy. Każdy może zostać częścią tego łańcucha, którego ostatnie ogniwa wyglądają tak:„Kilku mężczyzn, kobiety i 10-latek. Wszyscy z Demokratycznej Republiki Konga. Jedziemy znowu do lasu. Mam sprawdzić stan medyczny chłopca i jego mamy. Dostałam informację, że wczoraj chłopiec kaszlał i był osłabiony. Jedziemy w pięć osób. Same dziewczyny. Na miejscu spotykamy grupę, która siedzi pod drzewami. Wszyscy są bardzo spokojni, chociaż na twarzach widać zrezygnowanie i smutek. Otrzymują od nas jedzenie oraz ubrania. Kobieta, matka 10-latka, leży na ziemi. Jest bardzo osłabiona, trzęsie się. Jej noga jest spuchnięta. Ledwo mieści się w spodniach, które i tak są szerokie. Podejrzewam silne zapalenie stawów. Podaję leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Kobieta mówi, że już nie ma na nic sił, że już ma dość, nie da rady dalej iść. Uspokajam ją, staram się zająć rozmową, pocieszyć. Twarz kobiety wykrzywia grymas spowodowany silnym bólem. Na szczęście jej syn ma się trochę lepiej.

Skip to content